Z Ksiazki Bendtnera :
Tom Brooks szukał mi klubu zagranicą. Szczególnie na Półwyspie Apenińskim, bo wcześniej interesował się mną Inter. Doszło do tego świeże zapytanie z Milanu. Nie brzmiało to źle - epicki klub w połączeniu z niesamowitym stadionem. No a miasto samo w sobie jest mekką mody.
Konkrety dotyczyły jednak trzech klubów. Oferty na stole położyły Siena, Genoa i Fiorentina. Najbliżej było mi do Violi, bo przedstawiła porządny kontrakt. Uzgodniliśmy, że polecimy do Włoch i dopniemy ostatnie detale tuż przed zamknięciem okienka transferowego. Najpierw wybieraliśmy się do Mediolanu na noc i nazajutrz mieliśmy udać się do Florencji.
Ledwie po lądowaniu Tom odebrał telefon od niejakiego Beppe Marotty, dyrektora sportowego Juventusu, który dostał cynk, że jesteśmy we Włoszech.
- Z największą przyjemnością podpiszemy Nicklasa u nas. Możemy się spotkać?
Przeanalizowałem wszystkie za i przeciw. W Fiorentinie miałbym gwarancję gry. Ale z drugiej strony - Juventus to Juventus. Najbardziej utytułowany klub we Włoszech. Idealne miejsce, w którym chciałem wygrywać trofea, których tak bardzo potrzebowałem.
Tom poinformował Fiorentinę, że dostaliśmy nową propozycję. Po chwili usłyszał: „Tylko nie wybierajcie Juve, mają za dużo napastników. Ludzi, w których sporo inwestowali. Chcą po prostu wyprowadzić nas z równowagi, zagrać nam na nosie. Nicklas nigdy nie przebije się do składu” - komentowali na bieżąco przedstawiciele Violi.
Nie byłem jednak taki pewien. Oddzwoniliśmy więc do Juventusu i dwie godziny w pokoju hotelowym Toma siedział już Marotta z drugą osobą. Zaczęły się negocjacje. Andrea Agnelli wydzwonił nas poprzez FaceTime.
- Co myślisz o tych kwotach? - spytano Toma. - Myslę, że są trochę za niskie. Ale rzućmy okiem na ten zapis… Trwały żywiołowe dyskusje. Tom nie dawał za wygraną, a przedstawiciele Juve potrzebowali chwilę namysłu na nową ofertę. Nie wychodzili na zewnątrz. Wszystkie karty po prostu leżały na stole. Zajęło to mniej niż pół godziny.